Sztuka rynkologii Jacka Kotarbińskiego, czyli marketing bez tajemnic

Sztuka rynkologii Jacka Kotarbińskiego, czyli marketing bez tajemnic

Autor: - 20 marca 2017 - Blog

Sztuka rynkologii Jacka Kotarbińskiego, czyli marketing bez tajemnic

Tę poświęconą marketingowi książkę powinien przeczytać każdy marketer (dowiesz się z niej np. dlaczego nie „marketingowiec”), ale i każdy właściciel biznesu, każdy student kierunku Zarządzanie i Marketing (sic! – dowiesz się z niej również dlaczego sic!) i każdy konsument. Słowem: każdy.

Suty obiad

Jacek Kotarbiński zaserwował nam swoją pracę w postaci obiadu. Rozpoczynamy go starterem i przystawkami, następnie mamy zupę dnia i sztukę mięsa, kończymy deserem i … mocną wódką na trawienie. Myślę, że autor znalazł świetną metaforę. Jego książka syci bowiem podobnie jak wielodaniowy obiad. Podobnie jak przy nim, na początku „rozgrzewamy się” do tego co ma dopiero nastąpić. Poznajemy początki zagadnienia marketingu, który przetłumaczony jest na język polski jako rynkologia, znaczenie pojęć w nim wykorzystywanych. Z każdą stronicą książki zagłębiamy się coraz bardziej w wysmakowany świat, który autor zna jak mało kto i niczym wyśmienity kucharz, serwuje nam go kawałek po kawałku.

Gawędziarz

Zdecydowanie Jacka Kotarbińskiego należy nazwać gawędziarzem, czy „storytellerem” – jak woleliby niektórzy. Jego książkę czyta się z prawdziwą przyjemnością, nawet jeśli nie jest się specjalistą czy ekspertem marketingu. Język używany przez autora jest z jednej strony prosty, zrozumiały. Z drugiej jednak plastyczny i pozwalający na swego rodzaju zatracenie się w treści. Momentami czytało mi się tę pozycję jak dobrą powieść. A przecież to książka napisana przez naukowca – praktyka (Jacek zdobył tytuł doktora, ale i ponad 20 lat pracuje w biznesie), a nie pisarza.

Skarbnica inspiracji

Jacek, do perfekcji opanowawszy język polski, stał się dla mnie skarbnicą inspirujących cytatów. Zaznaczałem w książce każdy. Zarówno takie, które pozwoliły mi na nowe przemyślenia, jak i celnie uchwyciwszy naturę rzeczy, przypomniały o znanych już ideach. Tutaj chcę przytoczyć tylko kilka.

Otóż tak naprawdę to nie marketing oszukuje ludzi, ale ludzie oszukują innych, używając narzędzi marketingu.

Dopóty, dopóki sprzedawca ma jasne i proste intencje oraz mówi prawdę o rzeczywistych właściwościach produktu, jest w zasadzie wszystko w porządku. Gorzej, jeśli korzysta z klasycznych technik manipulacji, wprowadza klientów w błąd, czyniąc jednocześnie show, którego nie powstydziłby się zawodowy magik.

Marketingu można się nauczyć w pół roku. Ale żeby zrozumieć jego meandry, potrzeba lat praktyki – to cecha bodajże każdej dziedziny wiedzy.

O ile słynne „nieważne jak piszą, byle nie pomylili nazwiska” może się sprawdzać w przypadku artystów słynących ze skandali, o tyle nie jest to najlepsza forma budowania konkurencyjności.

Kiedy ktoś sprzedaje rynkową fikcję, jest tego w pełni świadomy. Bez najmniejszych oporów będzie używać narzędzi marketingu, by wepchnąć ją komuś do rąk – samemu napychając własne kieszenie. Sprzedawca rynkowej wartości będzie się starał unikać fikcji, bo ta natychmiast zburzy wiarygodność jego marki.